Władze Nowego Jorku zmusiły nas do zamawiania ciasteczek do każdej kawy. Czym są pliki cookies i do czego je wykorzystujemy, znajdziesz tutaj!
AKCEPTUJĘ


Poprzedni temat «» Następny temat
Inside statue
Autor Wiadomość
New York


New York

Wysłany: 2018-10-24, 09:50

 
 
Rudolf Hawkins


manhattan


28

miotam się w pracy i życiu

my little Peony

Rudolf
Hawkins










mam 188 cm wzrostu

status gry: zagram
Caught in a landslide, no escape from reality.
Wysłany: 2019-01-09, 15:24

#7

To nie był najlepszy dzień w życiu Rudolfa. Zaczęło się od poranka, kiedy to przypalił sobie omlet, którego zamierzał zjeść na śniadanie. Później spóźnił się na autobus, którym dojeżdżał do pracy, a na domiar wszystkiego złego jakiś wredny taksówkarz wjechał wprost w kałużę brudząc całkowicie jego ubranie. Nie miał już czasu by wracać do mieszkania i się przebierać, był spóźniony na zajęcia. I niby nie było to nic nadzwyczajnego, bo regularnie zjawiał się parę minut po dzwonku, to nie chciał przegiąć. Miał na pieńku z dyrektorem Cliffordem od czasu założeniu koła teatralnego. Ciągłe kwestie funduszy, finansowania tylko sekcji sportowej doprowadzały Hawkinsa do szału. Chyba tylko i wyłącznie jego wrodzona upierdliwość sprawiła, że ten w końcu się zgodził na tą jedną sztukę. Jedyne przedstawienie, które miało zaważyć o istnieniu tego rudolfowego tworu. Stresowało go to strasznie, bo chciał by wszystko było perfekcyjne, a pojawiało się coraz więcej problemów, mniejszych lub większych. Na zajęciach był trochę nieobecny zastanawiając się nad brakiem kilku kluczowych kostiumów i elementów scenografii. Musiał znaleźć jakieś tanie substytuty, które umożliwiłyby mu nadanie magii tej świątecznej sztuce Dickensa. Jeśli do tego momentu uważacie, że ten dzień wcale nie był aż tak bardzo zły, to warto wspomnieć, że zapomniał zabrać ze sobą testów.
Po tym złym dniu, spędzonym w pracy przyszedł czas na jedną z ostatnich prób i to był prawdziwy gwóźdź do trumny. To była najgorsza próba jaką mieli. Totalnie fatalna. Wiedział o tym on, wiedzieli o tym jego uczniowie, wiedział o tym oświetleniowiec i wiedziała o tym Jane, która mu w tym wszystkim pomagała. Rudolf był zirytowany na tyle, że jego zachowanie wcale nikomu nie pomagało. Zaprzestał dawania rad i skupił się na narzekaniu, co w żaden sposób nie mogło im pomóc. Kilka razy warknął na uczniów, muzyka nie zgrała się odpowiednio ze sceną, a makieta pokoju Scrooge'a się najzwyczajniej w świecie złamała.
To było straszne. Widział oczyma wyobraźni tą kompromitację, widział zawiedzione miny ludzi, widział smutne buźki uczniów, widział satysfakcję na tej tłustej twarzy Clifforda. Jeśli następna próba pójdzie równie źle, to może warto będzie przyznać się do własnej porażki i zrezygnować z tego wszystkiego póki jeszcze był na to czas? Naprawdę zależało mu na tym by takie koło funkcjonowało w tej szkole i by nie było byle jaką tandetą. Wszystko zmierzało jednak właśnie w tę stronę. W stronę tanich rekwizytów z papieru i wyświechtanych strojów.
Nie dokończyli tej próby, przerwał ją i stwierdził iż na ten dzień wystarczy. Nie miał już do tego ani sił ani nerwów. Nie chciał powiedzieć kilku słów za dużo podczas utraty samokontroli. Gdy wszyscy już się zebrali i zostało parę osób powiedział Jane, że muszą się rozejrzeć za materiałami na kostiumy. Liczył na to, że nie ma planów i się zgodzi, bo o ile miał rozwinięty artystyczny zmysł co do scenografii, to w kostiumy nie potrafił. Mieli zahaczyć o parę secondhandów, by coś wybrać, a później odpowiednio połączyć te rzekomo niepasujące do siebie elementy by utworzyły idealną, spójną całość. Tak, Rudolf uważał, że musiało być idealnie. Co z tego, że budżet szkolny został przekroczony dawno temu i musiał łożyć już z własnej kieszeni. I wcale tego przed dziewczyną nie przyznał, ale potrzebował też towarzystwa, bo w środku był totalnie rozbity po tym dniu. Dlatego gdy zamówił dla nich ubera wpadł mu pomysł, że zakupy poczekają, a on przy okazji będzie mógł jej pokazać dumę Nowego Jorku. Słyszał już o tym, że nic tu nie widziała i uznawał to za skandaliczne, bo jako rodowity nowojorczyk wiedział o tym mieście niemal wszystko i z dużą chęcią by jej tutaj wszystko pokazał. A przynajmniej te najważniejsze rzeczy.
Uber zatrzymał się przy rzece Hudson, skąd był doskonały widok na Statuę, jednak to było zbyt mało. Rudolf zasypał ją kilkoma (nudnymi pewnie) opowieściami o historii tego zabytku i nawet kupił dwa bajgle, które mogli zjeść. Rutynowa kontrola, przed wejściem na prom i nie minęło wiele czasu nim znaleźli się na Liberty Island. Minęło trochę czasu od kiedy był tutaj ostatnio, ale nadal pamiętał wszystko doskonale. Swego czasu zabrał tutaj siostrę i Leę na jej urodziny. To wspomnienie sprawiło, że jakieś dziwne ukłucie poczuł w okolicy żołądka. Sprawy ostatnio totalnie się popieprzyły.
— Te schody to jakaś porażka — mruknął kiedy pokonywali ostatnie stopnie, które dzieliły ich od tarasu widokowego. Powinien chyba jakiś bardziej zdrowy tryb życia prowadzić. Nieregularny sen, papierosy, stres i ciągły niepokój, sprawiał że jednak do okazów zdrowia nie należał. A może po prostu sobie tylko tak wmawiał i najzwyczajniej w świecie nie miał kondycji? W każdym razie zmęczyło go to strasznie. Przywykł do wygodnych wind. Znaleźli się w końcu na samej górze i Rudolf oparł się przedramionami o blaszaną barierkę, spoglądając na migoczące światła miasta i uśmiechnął się mimowolnie. Kochał Nowy Jork, choć nigdy tego głośno nie przyznawał. — I jak? — rzucił pytaniem i zerknął na dziewczynę. Zdziwiłby się gdyby nie zrobiło to na niej wrażenia. Już sam widok Statui z wyspy był oszałamiający, a stąd... to jedna z lepszych rzeczy w tej metropolii. — Powiedz mi, ta dzisiejsza próba... — nie byłby sobą, gdyby do tego nie wrócił, ciążyło mu to mocno. Przeczesał dłonią zmierzwione włosy i obojętne spojrzenie wbił gdzieś przed siebie. — ... jak wielką była katastrofą? — irytacja go dopadała na nowo. Pewnie trochę wyolbrzymiał, ale nie spodziewał się by miała inne spojrzenie na ten dzisiejszy... popis. — Andrew był fatalny. Nie potrafi się skupić i ciągle szczerzy się do Iris. Na początku to nie przeszkadza, ale teraz... zostało tak mało czasu, a wszystko je w totalnej rozsypce. To jakaś parodia. Totalna kompromitacja — burknął pod nosem, bo rozumiał wiele, a przynajmniej się starał. Jednak te pokłady wyrozumiałości kończyły się proporcjonalnie do dnia występu, który nieuchronnie się zbliżał. Westchnął, machnął niedbale dłonią. Z jednej strony chciał o tym myśleć i rozmawiać, a z drugiej chciałby już nic na ten temat nie mówić. Cały on.
 
 
Jane Greene


manhattan


20

chwytam się różnych zajęć

zostawiłam go za sobą uciekając do NY

Jane
Greene










mam 166 cm wzrostu

status gry: 2/2
...
Wysłany: 2019-01-11, 00:21

Jane żyła w Nowym Jorku już kilka miesięcy, ale jej życie towarzyskie było bardzo skromne. Znajomości zawierała powoli i ostrożnie, ale nawet osoba o skrzywionej psychice potrzebowała w swoim życiu ludzi. Była spragniona towarzystwa, zwłaszcza że w Nowym Jorku nikt nie znał jej przeszłości, nikt nie patrzył na nią przez pryzmat tej dziwacznej dziewczynki w staromodnych ubraniach, która nie zapraszała nikogo do siebie ani nie odwiedzała innych. Nikt tutaj nie pamiętał jej ani jako dziecka, ani jako nastolatki. Była czystą kartą, przyjezdną nową twarzą, a mimo to, gdy tylko ktoś próbował ją zagadać, często się płoszyła.
Zanim doszło do pierwszej dłuższej rozmowy z Rudolfem kilka razy go zbyła po zamienieniu ledwie kilku zdań, ale w końcu, zdziwiona tym, że przy każdym przypadkowym spotkaniu w bibliotece i tego typu miejscach chciało mu się próbować wciągnąć ją w rozmowę, w końcu zaczęła mówić. Oczywiście nie o swojej przeszłości; pytania o życie sprzed przyjazdu do Nowego Jorku zbywała lakonicznie i ogólnikowo. Mógł snuć swoje teorie odnośnie jej osoby – a pewnie nawet te najbardziej fantastyczne nie byłyby tak złe, jak prawda. Lepiej, żeby prawdy nikt nie poznał. Gdyby wiedział, co zrobiła, na pewno nie szukałby kontaktu z takim entuzjazmem, ale na swój sposób było to ujmujące – że ktoś chciał jej towarzystwa i traktował ją jak normalną dziewczynę. Ale gdyby ktoś miał ją spytać, dlaczego w końcu się do niego przekonała, sama nie wiedziałaby, co odpowiedzieć. Tak czy inaczej – jakoś tak to się stało, że zaczęli podtrzymywać kontakt, a Jane zaczęła mu pomagać przy scenografii i kostiumach po tym, jak ją poprosił o pomoc w tym zakresie, bo mimochodem przyznała mu się do tego, że ma problem ze znalezieniem przyzwoitej pracy – nie miała w końcu wykształcenia ani doświadczenia.
Jako, że chwytała się różnych zajęć, próbując zdobyć doświadczenie i znaleźć jakieś punkty zaczepienia, zgodziła się trochę mu pomóc w przygotowaniach do przedstawienia koła teatralnego, które planował. Miał w sobie coś takiego, że nie potrafiła mu odmówić. A może po prostu chciała nadrobić stracony czas, bo jako nastolatka wiele atrakcji nastoletniego życia pominęła i najwyraźniej odzywał się jakiś żal za tym. Szkołę średnią skończyła z nie najlepszymi ocenami i z bardzo skąpą kolekcją towarzyskich przeżyć. Tym sposobem, nie wiedząc do końca czemu, wylądowała na próbie koła teatralnego prowadzonego przez prawie obcego faceta, z którym łączyło ją kilka z reguły przypadkowych spotkań i rozmów inicjowanych przez niego. Oczywiście uprzedzała go wcześniej, że nie ma pojęcia o tego typu sprawach ani doświadczenia, i mogła mu służyć głównie artystycznym zmysłem, jeśli chodzi o stworzenie scenografii i kostiumów. Ale nawet jej niedoświadczona osoba z łatwością mogła dostrzec, że dzisiejsza próba była klapą. I w jakiś dziwny sposób chciała Rudolfa po tej klapie pocieszyć. Nie miała i tak nic lepszego do roboty, więc zgodziła się udać się z nim na zakupy, by mu doradzić, ale on po drodze wpadł na inny, zaskakujący pomysł i zmienił plany.
Tym sposobem trafili w okolice Statuy Wolności.
- Pewnie wstyd się przyznać, ale nigdy tu nie byłam. Jakoś nie było okazji, choć mieszkam tu od kilku miesięcy – rzekła, gdy wysiedli. Symbol Nowego Jorku widywała do tej pory z daleka, owszem, ale nie była bezpośrednio przy niej, choć czasem myślała o tej wyprawie. Ale jakoś tak nie miała z kim się tu wybrać, a sama nie umiała się zebrać. – Dla każdego Nowojorczyka to pewnie oczywiste być tu przynajmniej raz w życiu? To na swój sposób miłe, że chcesz pokazywać przyjezdnym symbol swojego miasta. To pewnie wasza nowojorska duma? Chyba we wszystkich filmach z akcją Nowym Jorku przynajmniej raz ją widać.
Ale potem dotarli na miejsce. W środku statuy Jane tym bardziej nie była, ale zastanawiała się, jak tam jest. Na szczęście była w dość dobrej formie by wejść po schodach, była w końcu młoda i starała się przynajmniej od czasu do czasu zadbać o kondycję, na wypadek gdyby pewnego dnia została zmuszona do ucieczki. Niemniej jednak po wejściu na samą górę mięśnie w łydkach też trochę ją bolały. Z ulgą oparła się o barierki.
- Robi wrażenie – powiedziała. – I rzeczywiście widok stąd wygląda zupełnie jak na filmach i zdjęciach, które do tej pory widziałam co najwyżej w internecie – trudno było się nie zachwycić, skoro dawniej tak ekscytowała się tym miejscem, kojarzącym się z wolnością i swobodą.
Ale Rudolf po chwili wrócił do tematu próby.
- No cóż, mogło być lepiej, ale chyba zostało jeszcze trochę czasu, by to naprawić? Podoba mi się twoje szczere zaangażowanie w to, co robisz, chociaż przyznaję, że zupełnie się nie znam na robieniu przedstawień. Byłam w teatrze może parę razy w życiu, w czasach szkolnych. – Na pewno bardzo dawno temu. Ledwo to pamiętała. Ale i tak była tylko jako widz, nie znała sprawy od tej drugiej strony. – Może... powinieneś z nimi porozmawiać?
Była chyba kiepska w dawaniu rad. Ale nieczęsto ktoś ją o nie pytał. Może więc powinno jej być miło, że Rudolf pytał prawie obcą dziewczynę o zdanie?
 
 
Rudolf Hawkins


manhattan


28

miotam się w pracy i życiu

my little Peony

Rudolf
Hawkins










mam 188 cm wzrostu

status gry: zagram
Caught in a landslide, no escape from reality.
Wysłany: 2019-01-15, 20:51

Hawkins nigdy nie miał większych kłopotów jeśli chodzi o nawiązywanie kontaktów z nowymi ludźmi, którzy pojawiali się w jego życiu. Może miał specyficzne zainteresowania, ale to przez to że był specyficznym człowiekiem. Jane go zainteresowała i wzbudziła w nim dość mieszane uczucia. Na tyle, że zdecydował w jakiś sposób jej pomóc. Pewnie zaoferowanie jej posady asystentki nie było czymś szczególnym, ale uznał, że skutecznie pozwoli jej wypełnić luki w wolnym czasie. Wyjdzie do ludzi, zajmie się czymś, trochę sobie dorobi i być może dzięki temu ten pobyt w nowym miejscu nie będzie aż taki straszny. Chciał pomóc, ale nie wiedział jak i ten wymyślony naprędce pomysł wydawał mu się całkiem sensowny.
Z zadowoleniem zauważył, że nie było tak całkiem źle i naprawdę w jakiś sposób zaangażowała się w tą sztukę, którą wystawiał. Miała artystyczny zmysł, a nawet podpowiedziała mu kilka rzeczy, na które sam by nie wpadł. Przyglądała się z boku ze świeżym i innym spojrzeniem temu wszystkiemu. Owszem, początkowo zastanawiał się czy tej funkcji nie przydzielić komuś ze swoich uczniów, jednak... Jane była starsza, mniej niedojrzała niż oni. Przecież dla nich w głównej mierze te próby były okazją do kolejnych żartów, flirtów i tym podobnych rzeczy. I Rudolf doskonale wiedział, że tak będzie. Nie wymagał od nich wielkiego profesjonalizmu. Nie był zamordystą, który za wszelką cenę i każdym kosztem chce doprowadzić sprawę do perfekcji. Na dużo pozwalał i na wiele przymykał oko, z zadowoleniem przyjmując fakt, że niektóre osoby naprawdę ładnie się zaangażowały w Opowieść Wigilijną.
Bił od niego wielki entuzjazm, bo szansa jaka się pojawiła wydobyła z niego duże pokłady radości wymieszanej z ekscytacją i starał się zarażać tym innych. Dużo czasu spędzał na rozmowach z panną Greene na tematy związane z premierą. Otwarty był na spostrzeżenia i sugestie. Nie przeszkadzał mu brak doświadczenia dziewczyny ani jej wiek. Uznawał w końcu, że byli współpracownikami.
Ta dzisiejsza klapa podcięła mu skrzydła i widać to było gołym okiem. Myślami był zdecydowanie daleko, nie podejmował innych tematów niż przedstawienie i stracił ten swój pogodny nastrój, jaki mogła kojarzyć. Zwykle dużo opowiadał jej o Nowym Jorku w chwilach gdy wychodzili ze szkoły. Wspominał o tym co warto zobaczyć, co można zignorować. Wprowadzał ją w różnego rodzaju niuanse i zawiłości pomiędzy różnymi grupami społecznymi.
Tego dnia postanowił pokazać jej wizytówkę miasta, która miała oderwać jego myśli od tego nieszczęsnego czasu po zajęciach. Które spędzili wśród uczniów, zapominanych kwestii, niszczącej się scenografii. Potrzebował chwilowej odskoczni, po której znów w pełni skupi się na tym wszystkim, bo przecież i tego dnia mieli przejść się po kilku secondhandach.
— Wstyd byłby, gdybyś mieszkała tu cały rok, a kilka miesięcy... — wzruszył obojętnie ramionami, bo nie uznawał by jakoś przesadnie długo zwlekała z odwiedzeniem tego miejsca. — ...to idealny czas by nadrobić zaległości. Wiesz, że skonstruował ją Eiffel? Ten od tej paryskiej wieży? Statua była darem Francuzów i miała upamiętniać przymierze pomiędzy naszymi krajami — rzucił od niechcenia taką ciekawostką. Znał ich całe mnóstwo, szczególnie jeśli chodzi o nowojorskie zabytki.
— Tak, zdecydowanie. To nasza wizytówka — powiedział z dumą i się uśmiechnął. Był patriotą, nawet chyba takim totalnie lokalnym. Zawsze cieszyło go to, że urodził się tutaj, a nie gdzieś w San Antonio w Teksasie albo w Minneapolis w Minnesocie. Nowy Jork był wizytówką całego kraju i chyba najpopularniejszym miastem świata. Teraz podziwiali to miasto z samego szczytu symbolu wolności.
Odwrócił się do niej, gdy po jakimś czasie przywykł do zachwycającego widoku, którym raczył oczy. Teraz wolał skupić się na dziewczynie i może jakiejś rozmowie.
— Tak? Teraz będziesz mogła sobie wszystko skonfrontować. Zrobić ci zdjęcie? Ja mam już kilka, a ty będziesz mogła sobie wrzucić na... instagrama? Czy tam facebooka — uśmiechnął się trochę szyderczo, bo on tam daleki był do publikowania swojego prywatnego życia gdziekolwiek. Zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie lubili dodawać rzeczy z takich właśnie miejsc, zbierać polubienia. — Będziesz mogła pochwalić się wszystkim — ręce rozłożył lekko. Służył pomocą, mógł zrobić to zdjęcie, jesli tylko by chciała. Sam sobie strzelił selfie, z jakąś śmieszną miną. — Wyślę siostrze — mruknął do Jane widząc jej minę.
— Trochę to dobre słowo. Ale też trochę to mało czasu — westchnął i machnął ręką z jakimś rozdrażnieniem, podszedł do niej drogę bliżej, dłońmi łapiąc chłodną metalową barierkę i zaśmiał się. — To dziwne. Masz duży talent, powinnaś zdecydowanie iść w tą stronę jeśli chodzi o pracę. A jeśli ci się podoba i połączysz pracę z zainteresowaniem, to... czy może być coś lepszego? — mówiąc to cały czas patrzył przed siebie i dopiero na końcu spojrzał na jej twarz, z lekko uniesionymi brwiami. — Wiesz co? Wydaje mi się, że to mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Oni się łatwo obrażają, a gdy się obrażą to robią wszystko na złość, na przekór — mruknął, bo trochę znał swoich uczniów. Sprawa była skomplikowana. To był taki niebezpieczny wiek, gdzie trzeba było uważać na to co się mówiło i co się robiło. — Przyjdziesz na premierę? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zarobimy trochę pieniędzy z biletów, to Clifford mógłby przychylniej spojrzeć na jakieś kolejne spektakle. Poza tym nigdy nie wiadomo kto przyjdzie, kogo można poznać. A to też twoje dzieło — pytająco na nią spoglądał teraz. Liczył, że się zgodzi, bo powinien jej ładnie podziękować za tą pomoc. I tak, kasa z biletów szła na cele charytatywne, ale on obiecał jej jakieś pieniężne wynagrodzenie.
 
 
Jane Greene


manhattan


20

chwytam się różnych zajęć

zostawiłam go za sobą uciekając do NY

Jane
Greene










mam 166 cm wzrostu

status gry: 2/2
...
Wysłany: 2019-01-19, 13:43

Może gdyby nie przeżycia Jane również przychodziłoby jej naturalnie nawiązywanie znajomości. Tymczasem przywodziła raczej wrażenie niezdobytej twierdzy, otoczonej murami i zasiekami, za którymi ukrywała prawdę o sobie i swojej przeszłości. Kiedy ktoś próbował podejść zbyt blisko, wycofywała się za swoje mury i dopiero uczyła się funkcjonowania w społeczeństwie jako osoba już dorosła, pozbawiona osłony w postaci pleców brata przez całe dotychczasowe życie chroniących ją przed złem. Rudolf, choć pewnie nie był tego świadomy, wielu rzeczy ją uczył i potrafiła docenić tę znajomość, nawet jeśli zaczęła się tak przypadkowo i z pozoru nic ich nie łączyło. Angażując się w jego próby czuła się trochę bardziej jak normalna dziewczyna, której nieobce były tego typu aktywności. Niemal zapominała o dławiącej tęsknocie za bratem, ciężarze tajemnic przygniatających ją do ziemi i stanowiących zagrożenie, a także o tym, że żeby przetrwać w obcym mieście, musiała zniżać się do sprzedawania swojego towarzystwa, a nawet ciała. Spotykanie się z nim było inne, pozbawione tego, co istniało pomiędzy nią, a tamtymi mężczyznami. Nie było żadnej zależności, a tylko spędzanie ze sobą czasu bez zobowiązań, poza tą, której podjęła się, kiedy zaangażowała się w próby. Gdyby jednak wiedział, kim była, jakie demony kryły się pod jej piękną twarzą, pewnie nie szukałby jej towarzystwa tak ochoczo.
- Dzięki tobie mam okazję je nadrobić – odezwała się, słuchając tego co miał do powiedzenia. Zapewne wiedział o tym miejscu i wielu innych jeszcze więcej rzeczy. Ona znała Nowy Jork głównie z książek i filmów, a fikcyjne historie miały to do siebie, że nie wszystkie zawarte w nich fakty musiały być autentyczne. – Jeszcze kilka lat temu nawet nie myślałam, że kiedyś rzeczywiście tu przyjadę, i to na dłużej, a nie tylko na chwilę. – Dawniej tylko o tym marzyła. Ale rzeczywistość okazała się nie tak piękna jak marzenia. Nowy Jork nie był miastem dla biednych, samotnych dziewczyn.
- Właściwie to... nie używam portali społecznościowych – przyznała prosto z mostu, choć pewnie było to coś dziwacznego. Niemniej jednak Jane, choć dawno wyzwoliła się spod pieczy ojca tradycjonalisty, który był przeciwny większości nowinek technologicznych, zwłaszcza tych związanych z internetem i rozrywką, nadal miała w sobie sporo staroświeckości widocznej w sposobie ubierania, zachowaniu i takich szczegółach jak brak konta na facebooku czy instagramie. Była trochę niedzisiejsza, ale choć teraz miała swobodę decydowania o sobie i nie groziła jej kara ze strony ojca, to jej brak zainteresowania takimi stronami miał też inny wymiar. Odcięła się całkowicie od dawnego życia, w tym od brata, i nie chciała zostać odnaleziona. Nigdy nie miała też zbyt wielu znajomych, nie była popularna. W Nowym Jorku utrzymywała kontakt z raptem kilkoma osobami, więc nawet nie miała komu chwalić się swoim życiem, gdyby nie ta paranoja, że ktoś z dawnego ją odnajdzie. Nie miała komu się chwalić tym, co robiła. No i nigdy nie była typem osoby, która lubiła się wywnętrzać i dzielić swoim życiem z postronnymi osobami, więc nigdy nie potrafiła zrozumieć fenomenu tego typu stron, gdzie ludzie, ci normalni, posiadający znajomych, chwalili się wszystkim co robili, nawet tym, co zjedli na śniadanie. Dla niej było to dziwactwo i forma ekshibicjonizmu.
- Ale... mogłabym chcieć takie zdjęcie dla samej siebie. Zawsze to jakaś pamiątka, że tu byłam – powiedziała jednak. Tak na pamiątkę, bo nie wiadomo było, ile będzie jej dane pozostać w Nowym Jorku. Ale w sumie to było jej miło, że Rudolf uważał ją za do tego stopnia normalną, że posądzał ją o posiadanie znajomych i facebooka. Albo gdy stwierdził, że miała do czegoś talent. Rzadko słyszała szczere pochwały.
- Sama nie wiem. Prawdę mówiąc, trudno się zdecydować, co bym chciała robić w swoim życiu. Pewnie większość ludzi w moim wieku dawno ma jakiś plan i pomysł na siebie, a ja ciągle poszukuję swojej ścieżki i próbuję różnych rzeczy – zauważyła. Taka była prawda. Szukała siebie, uczyła się życia, próbowała, jednocześnie żywiąc przekonanie, że w jej życiu nie ma nic stałego, dlatego tak trudno było znaleźć pracę na stałe, bo czuła, że nie zna dnia ani godziny, kiedy sytuacja zmusi ją do opuszczenia tego miejsca i miała pewne opory przed poważnymi zobowiązaniami. – Gdyby było mnie stać, może pomyślałabym o studiach, ale to jest poza moim zasięgiem, więc muszę się obejść bez tego.
Nie wiedziała też, co mu doradzić w związku z młodzieżą, bo sama odbiegała od typowych nastolatków. W swoich szkolnych czasach była stonowaną, nad wiek poważną outsiderką, starą maleńką w staromodnych sukienkach, sweterkach i spódniczkach, bez wypasionych gadżetów i życia w social mediach, przez co uchodziła za dziwadło. Gdyby jeszcze na dokładkę była brzydka, to kompletnie nie miałaby życia, ale jej pozycję trochę ratowała uroda, bo była ładniejsza niż niejedna szkolna gwiazda, ale tym z kolei budziła zazdrość w tych wszystkich zawistnych, wrednych dziewczynach. Dlatego zdecydowanie nie tęskniła za szkołą ani za dawnym życiem, i jedyną osobą z przeszłości, za którą tęskniła, był brat. Był on dla niej największą pokusą i czasem wciąż przyłapywała się na pragnieniu zobaczenia go ponownie, choćby miała wrócić do Charlestonu jako siostra marnotrawna. Ale wtedy znowu wpadłaby w spiralę tego dawnego, niezdrowego dla jej psychiki życia.
- Skoro chcesz, żebym się pojawiła, to przyjdę – rzekła, wyrywając się z zadumy, gdy zapytał ją o premierę. – To miło, że chcesz żebym przyszła.
 
 
Lino Redfield


manhattan


21

Student | Kelner

Na razie nikogo nie ma

Lino
Redfield










mam 180 cm wzrostu

status gry: 3/4
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie
Wysłany: 2019-03-17, 17:04

#1

Lino Redfield od zawsze kochał najbardziej dwie rzeczy - przystojnych chłopaków i łażenie po dziwnych, tajemniczych, opuszczonych miejscach. Już w szczególności był zadowolony, kiedy obie te rzeczy mógł ze sobą połączyć! Dlatego nikogo nie powinno zdziwić, że tego dość ładnego dnia, zadzwonił do swojego kumpla i zaproponował mu wypad pod Statuę Wolności. Oczywiście sam Lino nazywał to randką, chociaż bardziej dlatego żeby wkurzyć Elio niż żeby faktycznie z nim iść na randkę. Chociaż musiał przyznać, że wypicie z nim kilku drinków nie byłoby wcale takim złym pomysłem, gdyby nie fakt, że już byli na takiej "randce" i skończyła się ona naprawdę koszmarnym kacem, o którym Lino jeszcze przez kilka dni nie potrafił zapomnieć. Z kolei udało mu się zapomnieć przynajmniej połowę tamtejszego spotkania. Na szczęście chyba Elio także wtedy przesadził, więc nie mogli sobie nawzajem wypominać głupich rzeczy, które z całą pewnością wtedy lubili. Na przykład Lino do dziś nie wiedział jakim cudem obudził się z jeszcze wilgotną bielizną, chociaż resztę ubrań miał całkiem suchą.
Ponadto Lino musiał przyznać, że Elio jest całkiem apetycznym ciastkiem, które na pewno chciał schrupać, to jednak jeszcze nigdy nie doszło między nimi do czegoś... bardziej intymnego. Oczywiście nadal nie pamiętał co się działo podczas tej ostrej popijawy ale to był jeden z tych czarnych punktów, których zwyczajnie nie można było zapamiętać przez ogrom alkoholu. Tak więc póki co traktowali siebie, jako... kumpli? przyjaciół? Trudno powiedzieć na czym stała ich relacja ale raczej lubili spędzać ze sobą czas, więc chyba żaden z nich nie chciał rezygnować z tego dziwnego stanu, który jakiś psycholog nazwałby czymś pomiędzy. Nie zmieniało to jednak też faktu, że Lino mniej ostrożnie taksował spojrzeniem tyłek Elio, kiedy tylko zdarzyła mu się ku temu okazja.
Tego dnia ubrany był raczej ciepło, w końcu panowała zima. Tak więc obowiązkowym elementem jego ubioru, była ciepła, zimowa kurtka oraz ciepłe, zimowe buty. Podczas tej pory roku, Lino kompletnie tęsknił za swoją rodzinną Florydą, gdzie w sumie przez cały rok mógł chodzić w krótkim rękawku. Uważał, że ciepłe ubrania zbyt krępują ruchy, a to chyba nikt nie lubił.
Po chyba pół godziny podróży, stał pod statuą wolności czekając w umówionym miejscu na Elio. Korzystając z okazji, że jeszcze jego kumpla nie było, zamówił sobie corn doga uważając, że od czasu do czasu (codziennie) można sobie go skosztować. O dziwo jeszcze nie stał się prawdziwym amerykanem pod względem gabarytów ciała, więc póki mógł korzystać z szybkiej przemiany materii to korzystał ile tylko wlezie. Był jednym z tych ludzi, którzy jedli naprawdę dużo i chudli, co zresztą było powodem zazdrości wśród niektórych jego znajomych. No ale przecież w Nowym Jorku wszyscy są idealni, prawda?
Lino Redfield
 
 
Ellio Rockwell


queens


18

student

-

Ellio
Rockwell










mam 178 cm wzrostu

status gry: piszę KP
-
Wysłany: 2019-03-18, 22:55

Kto znał Ellio ten wiedział, że nie był on typowym osiemnastolatkiem. Nie w głowie mu były szaleństwa. Czuł się bowiem jak trzydziestolatek zamknięty w ciele osiemnastolatka. Bardziej interesowały go polityka, prawo i to, co działo się na świecie niż gry, książki fantasy i wgapianie się w klaty wysportowanych facetów, chociaż to ostanie praktykował z dość dużą przyjemnością. Niemniej jednak, jeśli chodziło o Lino, to był on jedyną osobą na całym świecie, która byłaby w stanie przekonać Rockwella do zrobienia jakiejś głupoty, której później będzie żałować i mu pewnie wypominać. Już tak było i pewnie obaj przyzwyczaili się do takiego stanu rzeczy. Jemu to nie przeszkadzało, jednak nie mógł bez marudzenia i narzekania od tak się zgodzić.
Dlatego też, gdy Lino napisał mu, że gdzieś idą, to z początku kręcił nosem, próbując się wykręcać. Była to tylko gra, żeby pokazać chłopakowi, że Ellio jest przecież zapracowanym studentem, który ma wiele innych rzeczy do zrobienia, nawet wtedy, gdy nie miał ich w ogóle. Niech sobie jednak ludzie myślą. Może dzięki temu Ellio wyda się komuś atrakcyjniejszy i ciekawszy niż jest w rzeczywistości.
Nie miał z początku pojęcia, gdzie się wybiorą. Jakoś nie chciało mu się jednak siedzieć w zamkniętych pomieszczeniach, więc wizja spaceru i ogólnie korzystania z dość pogodnego dnia, była dla niego idealna. Dawno już nie mógł poczuć na skórze promieni słońca. Było w końcu zimno, a w Nowym Jorku panowały tak niskie temperatury, że w wielu miejscach zamarzała woda w rurach. Nie wiedział, jak to w ogóle mogło być możliwe, skoro wszędzie było ogrzewanie, ale nie on miał się nad tym zastanawiać, tylko ludzie którzy rządzili w tym mieście. Może to będzie kolejna obietnica wyborcza, którą będą mogli złamać, bo nie oszukujmy się. Politycy mówią takie rzeczy tylko po to, by zostać wybranym, a nie by rzeczywiście je spełnić.
Ogólnie rzecz biorąc lubił spędzać czas z Lino. Czuł się przy nim całkiem dobrze, głównie z uwagi na to, że mieli dość podobny wiek. Nie dzieliło ich więc dużo i łatwo mogli znaleźć wspólny język i tematy do rozmowy. Ellio nie mógł też zbyt długo przebywać w środowisku pełnym prawników, bo mimo że czuł się tam jak ryba w wodzie, to zakładał, że szybko by zwariował, gdyby nie zrobił sobie przerwy.
Pod Statuę Wolności dotarł nieco spóźniony. Na szczęście nie spóźnił się bardzo, bo zaledwie kilka minut, niemniej jednak nie lubił tego robić. Cenił sobie punktualność u siebie i u innych.
Widzę, że zacząłeś jeść beze mnie – zauważył, gdy już podszedł do Lino. Uśmiechnął się lekko do chłopaka, który jadł właśnie corndoga.
 
 
Lino Redfield


manhattan


21

Student | Kelner

Na razie nikogo nie ma

Lino
Redfield










mam 180 cm wzrostu

status gry: 3/4
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie
Wysłany: 2019-03-19, 16:42

Lino doskonale wiedział, że Elio jedynie zgrywał takiego poważnego i ułożonego. On już doskonale wiedział, jaki mały szatan siedzi w tym całkiem przystojnym chłopaku. W przypadku Elio, Lino zdawał sobie sprawę, że chyba ma małą słabość do ciemnoskórych facetów, sam zresztą cerę miał nieco ciemniejszą niż typowy mieszkaniec ameryki. W końcu w połowie był Wenezuelczykiem, a więc pochodził z Ameryki Łacińskiej, gdzie zdecydowanie dominował ciemny kolor skóry. Często nawet śmiał się, że Elio to całkiem słodka czekoladka, chociaż na razie nie mógł za bardzo sprawdzić czy faktycznie jego kumpel był faktycznie taki słodki, jaki się wydawał.
Kiedy tylko zobaczył go w oddali, uśmiechnął się radośnie, na swój sposób nawet chyba się stęsknił za tym przystojniakiem! Oczywiście nie byli razem, chociaż Lino nie twierdził, że pewne interakcje byłyby złym pomysłem.
- Elio! Mordko ty moja! - zawołał zapominając na chwilę o swoim corndogu i objął go na powitanie. Lino był specyficznym chłopakiem, nawet trochę lubił dotyk, nie rzucał się z przytulaniem na obcych ludzi no ale przecież nie mógł sobie odmówić przyjemności jaką niosło przytulanie Elio. Po krótkiej chwili oderwał się od niego i wrócił do jedzenia swojego corndoga. Jako, że musiał trochę przyoszczędzić kasy, nie zaproponował kupienia swojemu kumplowi drugiej porcji. Zamiast tego podstawił mu nadgryziony kawałek swojej porcji nie proponując nawet werbalnie, żeby ten się poczęstował.
- Byłem głodny, poza tym spóźniłeś się i kazałeś mi na siebie czekać aż - w tym momencie spojrzał na zegarek - trzy minuty! - zawołał oburzony, kiedy zorientował się, że musiał stać na tym zimnie o wiele dłużej niż tego chciał. - Za karę życzę sobie, żebyś zrobił mi ciepłe kakao i otulił mnie moim ulubionym kocykiem, kiedy pójdziemy do mnie - dodał nadal udając nieco oburzonego zachowaniem osiemnastolatka. Ah ta dzisiejsza młodzież! Za grosz kultury do starszych!
Czasami Lino nazywał Elio gówniarzem lub w inny sposób odnosił się do różnicy wieku, jaka ich dzieliła. Wiedział, że tak naprawdę trzy lata różnicy to nie tak dużo ale przecież to Lino nadal był tym starszym, więc mógł sobie ponarzekać na młodzież, która to reprezentował jego czarnoskóry kolega (który de facto miał całkiem zajebisty tyłek).
- Chodź, jestem ciekawy co jest we wnętrzu tego pomnika - powiedział po czym ruszył w kierunku wejścia, które zdecydowanie nie było przeznaczone dla zwykłych ludzi, a bardziej dla pracowników, którzy mogli się tutaj kręcić. Oczywiście Lino, nie wiadomo skąd, skombinował plakietkę, która jedynie z daleka wyglądała podobnie do plakietek reszty pracowników. To powinno pomóc im w ominięciu ochrony, która zapewne się gdzieś tutaj kręciła. Hej, w końcu mogli robić za stażystów, którzy pracowali przy restaurowaniu zabytków!
 
 
Ellio Rockwell


queens


18

student

-

Ellio
Rockwell










mam 178 cm wzrostu

status gry: piszę KP
-
Wysłany: 2019-03-25, 21:36

Rzeczywiście, Ellio się zgrywał. Nie był aż taki poważny, za jakiego się podawał, ale ludzie musieli przyznać, że pasowało mu to. Udawanie poważniejszego nie było dla niego trudne, jakby w jego mózgu był jakiś magiczny przełącznik, który pozwalał mu wyłączyć poczucie humoru i chęci do zabawy. Później, już prywatnie, potrafił wrócić do normalności i znów żartować. No ale Lino go znał i wiedział, że teraz Ellio tylko udaje i że szybko mu się to znudzi. Chłopak po prostu wiedział, kiedy takie zachowanie mu się opłaci, a kiedy nie. Nie chciał przecież zrażać do siebie swoich znajomych, których nie posiadał zbyt wielu, głównie dlatego, że był wybredny i nie każdy mógł złapać z nim kontakt.
Lino na szczęście był dla chłopaka przyjemną ucieczką, jeśli chodzi życie. Gdy Ellio chciał się odstresować, to zawsze wiedział, że mógł pomęczyć chłopaka i zmusić go do spędzania ze sobą czas. Czasami miał wrażenie, że się mu narzucał, ale Lino nigdy nie narzekał, ani nic mu nie mówił, że ma się od niego odczepić, więc Ellio wykorzystywał to, ile mógł.
Tylko trzy? Myślałem, że znacznie więcej... Mogłem się tak nie spieszyć – zaśmiał się. Oczywiście nie zrobiłby tego, bo zawsze starał się być na czas. Nie lubił się spóźniać. Źle to o człowieku świadczyło. Wolał zdecydowanie czekać na kogoś i wypominać spóźnianie się, niż pozwolić innym czekać na siebie. To nie było w jego stylu. Rodzice nie wychowywali go na takiego, żeby nie potrafił ułożyć sobie czasu tak, by nie być gdzieś na czas. Nie był zły w planowaniu, całkiem nieźle mu to wychodziło i nawet jak był na stażu u sędziego, to potrafił układać mu czas tak, by mężczyzna miał jak najwięcej wolnego czasu. Ellio też na tym korzystał, bo dzięki temu mógł wcześniej znaleźć się w swoim mieszkaniu. On sam lubił mieć dużo wolnego czasu. Spędzał go na czytaniu książek, a nie tylko papierów związanych z uczelnią czy swoim stażem i praktykami. Czasem można było od tego oszaleć, nawet jeśli chłopak to lubił. Musiał więc znaleźć sobie jakieś inne zajęcia.
Mamy iść do ciebie? – zapytał, bo nie przypominał sobie, by umawiali się na takie rozwiązanie. Miał wrażenie że pochodzą sobie, pogadają i rozejdą się do siebie, by oddać się swoim prywatnym sprawom. Z drugiej jednak strony Ellio i tak nie miał nic ciekawszego do roboty, przynajmniej w tym momencie. Na szczęście na uczelni panował na razie spokój. Chłopak miał nadzieję, że potrwa on jeszcze jakiś czas, dzięki czemu będzie mieć okazję do zebrania nowych sił do działania. Jeszcze nie ochłonął po swoich egzaminach, które strasznie go wykończyły. Niektórym może się wydawać, że osoba z fotograficzną pamięcią może sobie pozwolić na znacznie mniejszy czas nauki, ale nie on. On siedział przy tym dość długo, starając się nie tyle zapamiętać o co chodzi, ale też zrozumieć.
Pewnie metal i inne takie rzeczy... – stwierdził. Nie wiedział, co mogli znaleźć w pomniku poza metalem. Może innych ludzi? Przecież nie odkryją jakiegoś skarbu albo sekretnego przejścia. Chociaż super by było, gdyby im się udało. Weszli w końcu do środka. Ellio rozejrzał się po wnętrzu. Nigdy tu nie był. W Nowym Jorku mieszkał już drugi rok, ale i tak nie miał ani większych chęci, ani czasu na odwiedzanie Statuy Wolności.
 
 
Lino Redfield


manhattan


21

Student | Kelner

Na razie nikogo nie ma

Lino
Redfield










mam 180 cm wzrostu

status gry: 3/4
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie
Wysłany: 2019-03-28, 12:31

A teraz sobie wyobraźmy poważnego Lina, przecież jego imię wraz ze słowem "poważny" wręcz nie mogło występować w jednym zdaniu! No chyba, że mówiło się, że "Lino nie jest poważny", wtedy można zrozumieć umieszczenie tego zupełnie abstrakcyjnego słowa określając osobę Wenezuelczyka. Czyniło go to tak naprawdę zupełnym przeciwieństwem jego kolegi - Elio, który zawsze uchodził za tego poważnego i ułożonego. Ta, jasne... ułożonego. Lino już wiedział doskonale jakim niegrzecznym chłopakiem może być jego młodszy kolega! Szkoda tylko, że jeszcze nigdy tej niegrzeczności tak naprawdę nie zdołał spróbować ale przecież świat się raczej za chwilę nie skończy!
- A ty to się chyba prosisz, żeby cię pacnąć, co? - stwierdził jedynie Lino wpatrując się w Elio, który zasugerował, że mógłby się nie śpieszyć. I może jeszcze zostawiłby Lina na pastwę losu?! Zły Elio...
Kiedy Elio zdecydował się nie brać corndoga od Lino, ten jedynie wzruszył ramionami i dokończył go, po czym patyczek wyrzucił oczywiście do odpowiedniego śmietnika. Lino naprawdę dbał o ochronę środowiska. Tym bardziej, że wielu amerykanów to były zwyczajne brudasy! Lino nie wiedział, jak można tak lekkomyślnie zaśmiecać planetę jak robiło to wielu nowojorczyków. Sam nigdy nie używał plastikowych czy foliowych torebek, wręcz przeciwnie, miał zawsze swoja ulubioną, materiałową torbę, do której wrzucał wszystkie zakupy. Nawet czasami brał udział w protestach przeciwko głupocie ludzi, którzy kupowali jednorazowe reklamówki foliowe.
- A co, nie chcesz? Przyznaj, już mnie pewnie nie lubisz - odpowiedział udając, że robi smutną minkę ale po tym jednak ogarnął się i uśmiechnął do kumpla klepiąc go po przyjacielsku w ramię.
Kiedy już otworzył te "zakazane" drzwi i wszedł przez nie, rozejrzał się po pomieszczeniu, które wyglądało nieco dziwnie. Hej, byli w końcu we wnętrzu pomnika, który powstał wiele, wiele, wiele lat temu! Był on kilka razy starszy od samego Lino.
- Nie bądź takim pesymistą. Może odkryjemy jakiś zaginiony skarb templariuszy, dzięki któremu będziemy bogaci, co będzie idealnym uzupełnieniem tego, że jesteśmy piękni - odpowiedział mu i ruszył, po schodkach górę. Biorąc pod uwagę, że statua była... wielka to będą mieli naprawdę sporo schodków do pokonania, żeby wdrapać się na sam szczyt.
Lino Redfield
 
 
Ellio Rockwell


queens


18

student

-

Ellio
Rockwell










mam 178 cm wzrostu

status gry: piszę KP
-
Wysłany: 2019-03-31, 22:34

Nie przeszkadzała mu łatka tego, który nie potrafił się bawić i miał wieczny kij w tyłku. Nie interesowało go to, czy inni ludzie chcą się z nim bawić i czy uważają go za rozrywkowego. Nie musiał się przecież z nimi zadawać. Co więcej nie był zbyt imprezowym człowiekiem. Rzadko gdzieś wychodził. Zdecydowanie wolał bawić się na jakichś domówkach albo w małym, prywatnym gronie. Wbrew pozorom nie chciał zrobić z siebie idioty. Bycie tym poważnym też nie było wielką przeszkodą a już na pewno nie było dla niego czymś złym. Ludzie mu dzięki temu ufali. Kto jednak dobrze chłopaka znał, to wiedział, że nie był aż tak porządny, za jakiego się podawał, ale to już temat na inną rozmowę.
Żebym je ciebie nie pacnął – odpowiedział mu. Nie chciał go oczywiście bić, wiedział też, że Lino żartuje. Nie chciał jednak pozwalać chłopakowi myśleć, że skoro jest starszy, to może sobie pozwalać na jakieś takie uwagi.
Ellio również dbał o środowisko. Może nie był zaangażowanym aktywistą, ale segregował śmieci, starał się kupować rzeczy opakowane w szklane pojemniki albo w papier, ograniczając plastik do minimum. Jeśli już zdarzało mu się coś kupić, to często w jakiś sposób to wykorzystywał. Potrafił z większego pudełka zrobić nawet doniczkę na jakieś kaktusy czy storczyki. Uwielbiał orchidee.
Zależy co mi zaproponujesz, gdy będziemy u ciebie – stwierdził. Nie miał nic przeciwko pójściu do Lino. Wręcz przeciwnie. Bardzo mu ten pomysł odpowiadał, bo lubił spędzać z nim swój czas, a jakoś nie widział siebie, chodzącego po wnętrzu Statuy przez zbyt długi czas. W ogóle Statua Wolności była pięknym symbolem,ale nie oddawała rzeczywistości. Byli ludzie, który byli według niego bardziej wolni niż inni. Mógł się założyć, że w oczach wielu Amerykanów, on i Lino byli jedynie niepotrzebnymi śmieciami, no ale nie chciał się tym w żaden sposób zadręczać. Nie wiedział w końcu, jak to wszystko odbiera jego towarzysz.
No, jakie masz dla mnie rozrywki u siebie? – zapytał z ciekawości. Skoro Lino go zapraszał, to znaczyło, że musiał przygotować jakieś konkretne aktywności dla nich. Pewnie tak nie było i spędzą oni czas na oglądaniu czegoś albo gadaniu o głupotach, jak to mają w zwyczaju. Nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu. Mógł się świetnie bawić na czyjejś kanapie.
Wolałbym bogato wyjść za mąż – zaśmiał się. Miał dużo pieniędzy. Jego rodzina była bogata, a na pewno od takiej typowej amerykańskiej rodziny. Nie potrzebował więc bogatego męża, jednak wiedział, że na pewno byłoby wtedy lżej. Na szczęście był osobą, która lubiła wyzwania, więc odrobina ciężkiej pracy mu nie przeszkadzała.
 
 
Lino Redfield


manhattan


21

Student | Kelner

Na razie nikogo nie ma

Lino
Redfield










mam 180 cm wzrostu

status gry: 3/4
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie
Wysłany: 2019-04-05, 18:22

Przecież to było oczywiste, że Lino zawsze mógł sobie pozwolić na podobne uwagi. Zresztą droczenie się z Elio było jego ulubionym zajęciem, oczywiście zaraz po umawianiu się z chłopakami i ewentualnie gotowaniem. Tak, Lino był chyba najbardziej idealnym chłopakiem do związku, kochał gotować, więc na pewno bardzo dbałby o to, żeby żołądek jego ukochanego był zawsze pełny. Pewnie dlatego był raczej taki szczupły, sam sobie przygotowywał posiłki z produktów raczej wysokiej jakości. Co jak co ale o swoją dietę naprawdę bardzo dbał.
- Romantyczną kolację tylko we dwoje przy świecach, rzucanie balonami z wodą w przechodniów i ewentualnie grę na konsoli - odpowiedział szybko wymyślając na poczekaniu atrakcje, które mógłby zapewnić swojemu kumplowi, kiedy ten do niego przyjdzie.
W zasadzie Lino czasami był romantykiem no i kiedyś próbował poderwać Elio, zresztą chyba on jemu tez się podobał, takie wrażenie odnosił przynajmniej sam Wenezuelczyk. Niestety poza pijackim wieczorem, z którego nic nie pamiętał, więcej jakoś nie było między nimi bardziej intymnych interakcji, co dziwiło nawet samego Lina. W końcu co jak co ale chłopak raczej nie należał do tych, co trzymają uporczywie zapięty rozporek.
Czasami rzucał jakieś teksty w stronę Elia ale bardziej tylko po to, żeby zażartować niż na poważnie. No cóż, przynajmniej od czasu do czasu mógł popodziwiać jego tyłek, chociaż teraz to on pierwszy wspinał się po tych długich, wręcz niekończących się schodach, więc to Elio mógł podziwiać całkiem dobrze zarysowane pośladki Latynosa.
- Ej ej... nie zapędzaj się z tym wychodzeniem tak szybko za mąż. To znaczy fajnie by było w sumie mieć bogatego męża - stwierdził Lino zatrzymując się na moment i spoglądając przed ramię na swojego przyjaciela. Po tym znowu ruszył na górę, byli coraz wyżej, mało im już brakowało, żeby osiągnąć szczyt tej budowli, a tam mogli znaleźć już przecież wszystko! A może faktycznie znajdą jakiś zaginiony skarb albo jakąś prastara mapę, która będzie początkiem do prawdziwej epickiej przygody? Lino by chyba skakał ze szczęścia, gdyby okazało się to prawdą!
- Poza tym sam chciałbym się dorwać do tego twojego seksownego tyłeczka zanim go ktoś posiądzie - zaśmiał się i stanął na platformie, która była najwyższym punktem we wnętrzu statuy. Spojrzał na dochodzącego do szczytu Elio i uśmiechnął się czarująco tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Pokazał dwa zęby doskonale białych zębów, których biel podkreślała ciemniejsza karnacja.
Lino Redfield
 
 
Ellio Rockwell


queens


18

student

-

Ellio
Rockwell










mam 178 cm wzrostu

status gry: piszę KP
-
Wysłany: 2019-04-08, 23:04

Ellio uwielbiał się droczyć z ludźmi, zwłaszcza wtedy, gdy widział, jak bardzo zaczyna im to przeszkadzać. Ogólnie lubił też wprowadzać ludzi w zakłopotanie, ale z Lino nigdy mu to nie wychodziło, bo ciężko było go onieśmielić. Było to na swój sposób irytujące ale i ciekawe. W końcu stanowiło to dla chłopaka dodatkowe wyzwanie. No ale nie chciał raczej nic robić, a zwłaszcza zbyt drażnić się z chłopakiem. Lubił go na tyle, by odczuwać pewnego rodzaju smutek, jeśli by się z nim pokłócił. Ogólnie to nigdy nie miał większego problemu z tym, że ludzie pojawiali się w jego życiu i znikali po jakimś czasie. Uważał to za normalność. Nie wszystkie relacje miały przecież prawo do przetrwania. Nie był kolekcjonerem znajomości, ale z całą pewnością chciałby zatrzymać Lino przy sobie na dłużej.
A co mi zaserwujesz do jedzenia? – zapytał. Jedzenia nigdy nie odmawiał, więc jeśli ktoś mu je proponował, to zgadzał się bez chwili zastanowienia. Nie było to zbyt rozsądne zważywszy na to, że dbał o swoją sylwetkę i nie chciał się roztyć. Na szczęście nie objadał się śmieciowym żarciem i nie jadł też tak dużo, więc nie musiał się więc aż tak bardzo skupiać na liczeniu kalorii i nadawaniu sobie szybszego tępa podczas codziennych ćwiczeń. – Mam wymagania co do tych romantycznych kolacji – stwierdził. Jakby mu ktoś na takiej zaserwował pizzę, to pewnie by się obraził. Oczywiście nie liczył, że Lino zrobi mu od razu jakieś wykwintne dania, chociaż wiedział, że chłopak lubił gotować. Niemniej jednak, jeśli już miał iść do niego, to chciał spędzić z nim czas, a nie przyglądać się, jak ten siedzi w kuchni. Może był dziwny, ale jakoś nie potrafił zafascynować się widokiem gotujących mężczyzn.
Ślub z miłości jest przereklamowany, obecnie ludzie powinni się wiązać ze sobą tylko dla pieniędzy – stwierdził. Nie miał pojęcia, czy Lino się z nim zgodzi, ale cóż. Ellio od zawsze miał wyrobione zdanie na temat ślubów. Było to w końcu wieczne połączenie dwóch osób, a młody Rockwell nie wyobrażał sobie takiego zobowiązania. Spojrzał na chłopaka, uśmiechając się lekko. Nie miał pojęcia, jak ten tak szybko znalazł się na samej górze, ale już trudno. Jemu samemu się nie śpieszyło, więc powoli wchodził coraz wyżej, aż w końcu znalazł się obok niego.
Uważaj, czego sobie życzysz – ostrzegł. Oczywiście Lino mu schlebiał. W końcu chłopak też mu się podobał, ale tego nie mógł tak otwarcie przyznać. Zepsułby sobie przecież opinię.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  

POGODA